Mam ambiwalentne uczucia co do tego filmu. Bo z jednej strony człowiek wiedział, że to hollywoodzka produkcja, a z drugiej jednak liczył na coś więcej…
Początek lat osiemdziesiątych. Kariera Bruce’a Springsteena zaczyna nabierać autentycznego rozpędu po wydaniu płyty „The River”. Gotowe są już szkice przyszłych szlagierów i kamieni milowych: utworów „Born in the U.S.A.” czy „I’m on Fire”. Wytwórnia liczy już dolary, jakie zarobi za kolejną płytę, w którą wpompuje mnóstwo środków na promocję.
Wśród tego zamieszania mamy samego Springsteena oraz jego przyjaciela i jednocześnie menadżera, Jona Landau. Pomimo planów wszystkich wokół, „The Boss” ma inny pomysł na dalszy krok w swojej karierze. Pragnie wydać nagrany chałupniczymi metodami, ultra-osobisty i minimalistyczny album „Nebraska”. Płyta ma być dla niego oczyszczeniem i rozliczeniem z bolesną przeszłością.
Reżyser złapał zbyt wiele srok za ogon?
Nie ukrywam, że wątek skupiony wokół nagrywania „Nebraski” interesował mnie najbardziej. Jak na hollywoodzką produkcję, otrzymaliśmy ukazanie dość sporego zaplecza związanego z nagrywaniem tej płyty. Film dotyka jednak więcej wątków i jest to chyba jego największa bolączka. Są tu oczywiście fragmenty typowo muzyczne – występy koncertowe i sesje w studiu oraz nagrywanie utworów w sypialni domowego zacisza. Do tego dochodzą czarno-białe retrospekcje z trudnego dzieciństwa – pijaństwo ojca, kłótnie rodzinne i przemoc. Jednocześnie główny bohater próbuje ułożyć sobie życie z dzieciatą laską, a gdzieś pod koniec na wierzch wypływa również temat dręczącej go depresji.
W obrazie Scotta Coopera pojawiają się miejscami niepotrzebne i niezrozumiałe wątki lub postacie „z czapy”. Ta najciekawsza dla mnie warstwa muzyczna miesza się z dramatyczną fabułą i tak naprawdę po seansie nie wiemy do końca o czym miał być ten film – o „Nebrasce”, samotności i depresji głównego bohatera, a może o rozrachunku z bolesnym dzieciństwem i przebaczeniu?
Zdecydowanie bardziej „siedziałby” mi ten film, gdyby był dokumentem opowiadającym stricte o procesie powstawania szóstego krążka Springsteena. Wizyty w kinie jednak nie żałuję, choć szybko o „Deliver Me from Nowhere” zapomnę.