Lampart szczerzący kły na okładce najnowszego albumu grupy kierowanej przez 64-leniego Mike’a Nessa daje jasno do zrozumienia, że w Social Distortion wciąż tkwi pierwotna drapieżność. Płytowy powrót Kalifornijczyków po 15 latach jest jednym z najważniejszych wydarzeń tego roku w punkowym świecie.
„Born To Kill” pierwotnie miało ukazać się na początku 2024 roku. W połowie 2023 lekarze zdiagnozowali jednak u lidera Social Distortion pierwsze stadium raka migdałka podniebiennego. Z oczywistych przyczyn prace nad albumem stanęły w miejscu. Zespół odwołał również między innymi europejską trasę zaplanowaną na rok 2025. Na szczęście terapia przyniosła zamierzone skutki i u Nessa stwierdzono całkowite wyleczenie i zażegnanie niebezpieczeństwa. Na nowy krążek grupy z niecierpliwością czekali więc nie tylko fani, ale również jego główna postać.

Jak brzmi Social Distortion w 2026 roku?
Odpowiedź jest prosta jak jebanie: jak zawsze. Na „Born To Kill” słychać echa całej dyskografii. Album nie oferuje może hitu za hitem (jak „Sex, Love and Rock 'n’ Roll” z 2004 roku), ale posiada swoje mocne momenty. Zespół nie sili się na oryginalność i nie poszukuje nowych kierunków artystycznych. To rasowy cowpunk, który znamy od niemal 50 (sic!) lat. Sam Mike brzmi (i wygląda) po prostu świetnie, jak młodzieniaszek.

Otwierający płytę i tytułowy numer co prawda mnie nie porwał, podobnie jak „No Way Out”, za to kolejne dwie kompozycje to najmocniejszy i najjaśniejszy punkt albumu.
Mowa o rozczulającym, nostalgicznym rozrachunku ze słodką młodością w postaci „The Way Things Were” oraz melancholijnym, energetycznym i jednocześnie niezwykle smutnym „Tonight”. Mało tego, uważam, że właśnie te dwa utwory są najlepszymi kawałkami nagranym przez zespół w ciągu ostatnich 20 lat. Ale tak to już jest – zawsze, gdy Social Distortion poruszają temat przemijania, wychodzą z tego prawdziwe ponadczasowe perełki.

„Partners In Crime” to taki szablonowy song grupy. Słucha się go świetnie, ale z drugiej strony niczym się nie wyróżnia. Wyraźnie wybija się za to ballada „Crazy Dreamer”, w której zespół wokalnie wsparła Lucinda Williams, amerykańska weteranka sceny country.
Na „Born To Kill” oprócz autorskich kompozycji Nessa znalazł się jeden cover. Mowa o „Wicked Game” Chrisa Isaaka. Nie wiem skąd uwielbienie Amerykanów do tej bezbarwnej pościelówy. Tym bardziej nie rozumiem, czemu na warsztat wzięło ją punkowe Social Distortion. Nie ma się do czego przyczepić, jeśli chodzi o wykonanie grupy, ale ja tej piosenki po prostu nie lubię i moim zdaniem ten cover powinien się znaleźć co najwyżej na końcu albumu, a nie w środku.
Wśród czterech ostatnich pozycji na płycie najbardziej wyróżniają się „Never Goin’ Back Again” i „Over You”, ale „Walk Away (Don’t Look Back)” i „Don’t Keep Me Hanging On” to również kawał dobrego, rockowego grania.
„Born To Kill” na różowo-czarnych plackach
Nowy krążek Social Distortion ukazał się w naprawdę konkretnej liczbie winylowych wariantów. Według grafiki zamieszczonej przez Epitaph Records, jest ich aż 14. Polski rynek zaoferował jedynie dwie najpopularniejsze opcje – czarne woski oraz edycję z różowym i żółtym winylem.
Jako miłośnik wszelkich udziwnień i nieoczywistych tłoczeń, nie mogłem się tym zadowolić i zacząłem przeczesywać sieć. Najciekawszą propozycją (uwzględniając aspekt cenowy i czas transportu) okazał się różowo-czarny wypust dedykowany sklepowi płytowemu Banquet Records z londyńskiego Kingston.

Nie jest to splatter ani efekt marmuru, bardziej coś w stylu niedomieszanej kawy z mlekiem. Każda strona obu płyt wygląda unikatowo, a dodatkowo na stronie D pozbawionej nagrań znalazł się piękny grawer ze skellym, czyli kultowym znakiem firmowym grupy, który zapisał się już w historii popkultury. Postać widoczna jest również na labelach na tle lamparcich cętków.

Okładka to gatefold, w którym znalazły się teksty i zdjęcie gitary. Całość ma charakterystyczną, matową strukturę. Nie radzę więc dotykać albumu brudnymi lub przepoconymi paluchami.
Reasumując, warto było czekać na ten album i mam nadzieję, że nie jest to ostatnie słowo Social Distortion. Trzymam kciuki za zdrowie Mike’a Nessa.
Sometimes I think of when we were young, we didn’t have a care
Why do all good things come to an end?
Seems like it was just yesterday, the flame of youth was never here to stay
And we said, „Goodbye” to the way things were
