Sexbomba. Nieprzerwana wiązka ognia – wywiad z 2008 roku

Sexbomba. Nieprzerwana wiązka ognia
fot. facebook.com/seksbomba/

Pomimo ponad dwudziestoletniego stażu na scenie i licznych zmian personalnych, Sexbomba nigdy nie zawiesiła działalności.

I choć ich muzyka z czasem zaczęła odbiegać od pierwotnej formy, dziś legionowskie punki nadal spełniają się, grając prostego i szczerego punk rocka, nasyconego rock’n’rollową pasją. Historia zatoczyła koło. O barwnych losach formacji rozmawiałem z liderem i frontmanem grupy, Robertem Szymańskim.

“W sytuacji, gdy swą amunicję wystrzeliły Pistolety Sexu, gdy swój magiczny wymiar zaczynało tracić hasło ‘Sex, drugs and rock and roll’, poczuliśmy, iż jest to najwłaściwszy moment, by zdetonować ładunek o nazwie SEXBOMBA i skumulować jego energię w wąską wiązkę rock and rollowego ognia.” Myślisz, że udało Wam się w pewien sposób przywrócić ku życiu hasło ‘Sex, drugs and rock and roll’?

– Na razie ta historia jeszcze trwa. To nie ja będę ją oceniać i myślę, że jeszcze nie przyszedł na to czas. Póki co mamy sporo nowych pomysłów i zamierzamy je zrealizować. Byliśmy pierwszą kapelą w Polsce, która grała zdecydowanie w stylu ’77. Nie przypominam sobie, żeby wcześniej był ktoś taki. Załoganci w tamtych czasach byli zorientowani głównie na Exploited i takie klimaty śpiewania o wojnie. Ja w radiu u Marka Wiernika słuchałem co wtorek różnych punkowych płyt i na maxa uwielbiałem Ramones, Buzzcocks, Damned czy Adicts. Teraz w Polsce te kapele cieszą się należytym szacunkiem, ale przed laty wiele zinów ówczesnej sceny wypisywało, ze to gówniane zespoły pseudopunkowe. Pewnie nie wszyscy wiedzą, że np. The Clash od początku lat osiemdziesiątych był na wyspach przez ziny i większość sceny punkowej uważany za komercyjne gówno, w Polsce przez niektórych też, a Joe Strummer został kiedyś oblany farbą czy innym śmierdzącym płynem przez załogantów, wśród których był wokalista Chumbawamby. Chłopcy w ten sposób zaprotestowali i dali czemuś tam wyraz i pewnie byli z siebie dumni. Czas to przefiltrował, muzyka została. I Bogu dzięki.

22 lata na scenie. Z jednej strony szmat czasu, z drugiej nadal macie jako zespół coś do powiedzenia światu. Taki staż to dużo czy mało? Czujecie się jak weterani?

– Że niby jak stare psy w schronisku? Mamy nadzieję jeszcze nie raz zadowolić fanów i wkurwić malkontentów.

Przechodziliście wiele zmian swego image’u, co zresztą obrazuje chociażby wkładka do “Lekcji historii”. Typowo punkowy wygląd ustąpił miejsca skinheadowskiemu sznytowi, z którego również zrezygnowaliście na rzecz nieco bujniejszych fryzur. Skąd tak częste przeobrażenia, które doprowadziły do nazywania Was przez wielu załogantów “chorągiewkami”?

– Pewnie zauważyłeś (a może nie?), że to nie tylko fryzury, ale głównie ludzie zmieniali się w tym zespole. Po prostu inni ludzie są na fotkach kapeli z dłuższymi włosami, a inni na fotkach z łysymi głowami. Aktualnie zaczynamy siwieć i wypadają nam (co niektórym) włosy. Znowu zanosi się na rewolucyjną zmianę image’u. Aż się boję pomyśleć co mogą powiedzieć przyzwyczajeni do naszego obecnego wyglądu. Świetnie jest grać razem wiele lat w niezmienionym składzie, jednak Sexbombie nie było to pisane. Zasadniczo nie mam wpływu na to, jak oceniają nas inni.

Wrócę jeszcze na chwilę do Waszego „łysawego” epizodu. Z czego wzięła się ta nagła fascynacja ruchem skins?

– Przeczytaliśmy na swój temat artykuł w RAZEM i postanowiliśmy zostać skinami.

“Prawdziwe oblicze szatana” w latach osiemdziesiątych wzbudziło wielkie poruszenie i przysporzyło Sexbombie masę wrogów. W 2006 roku, podczas wskrzeszonego festiwalu jarocińskiego, zagraliście tę piosenkę ponownie… I przeszła bez echa. Wiąże się to z tym, że ludzie z biegiem lat zrozumieli jej przesłanie, czy może granice szokowania i kontrowersyjnej tematyki przez te dwadzieścia lat znacznie się przesunęły?

– Pytasz o rzecz, na którą nie znam uniwersalnej odpowiedzi. Nie można zaplanować co się stanie z tym czy tamtym utworem. Często kawałki, z którymi wiążemy jakieś nadzieje, przepadają bez echa, a nieoczekiwanie ważne stają się takie, o których tak nie myśleliśmy. Z mojego punktu widzenia to nie tyle samo „Prawdziwe Oblicze Szatana” wzbudziło ogólne poruszenie, a raczej to, co o tym kawałku wypisywała komunistyczna – bądź co bądź – prasa. A wypisywała, że faszyści z Polski śpiewają na cześć Hitlera w polskim Gdańsku. Dzisiaj dostęp do informacji jest łatwiejszy i powszechny, poza tym jest Internet, który pozwala szybko weryfikować rozmaite pierdolenia. Pamiętaj, że wtedy byliśmy debiutującym zespołem o którym gazeta w 2000000 nakładzie wypisywała, co chciała. Czytali to ludzie, którzy często dopiero z takiego artykułu dowiadywali się, że jest taki zespół jak Sexbomba, ale od razu mieli wyrobioną opinię na jego temat. Zresztą każdy, kto pamięta tamte czasy, ma na ich temat własne, prywatne zdanie, którego nie zmieni i chuj. Mogę mówić jedynie za siebie, jak to wyglądało moimi oczami. Ludzie ocenili to po swojemu i tej oceny ja nie zmienię, ani nie próbuje tego robić na siłę.

Pierwsze lata Waszej działalności to jeszcze egzystencja w totalitarnym systemie. Wiele punkowych zespołów w sposób mniej lub bardziej otwarty manifestowało swój sprzeciw wobec władzy. Nie interesował Was taki sposób kontestacji?

– Bardziej od walki z systemem interesuje mnie wolność jednostki, chociaż elementy walki z nim były również mocno zarysowane. Wystarczy posłuchać starych kawałków.

Zdarzało Wam się na własnej skórze doświadczać komunistycznego tłamszenia odmienności? Mnie, z racji wieku, nie dotknęły represje w postaci wyrywania kolczyków z ciała czy pałowania przez milicję za każdy ćwiek w kurtce…

– Parę razy dostałem milicyjną pałą, bo chodziłem na manifestacje w stanie wojennym, poza tym nikt niczego mi nie wyrywał, ale wyrzucili mnie za wygląd z trzech szkół, dlatego musiałem skończyć czwartą.

Życie weryfikuje nasze spojrzenie na pewne kwestie i rzeczy. Chciałbym wobec tego zapytać czym jest dla was punk rock/rock’n’roll dzisiaj, a czym był kiedyś, gdy mieliście po ‘naście’ lat.

– Najlepsza muzyka na świecie, poza tym to cały czas najlepszy na świecie sposób na spędzanie wolnego czasu. Teraz, kiedyś i na zawsze. Amen.

Wasze muzyczne dokonania nie ograniczyły się jedynie do typowo punkowego grania. Skąd wzięły się wycieczki w stronę bardziej klasycznego, rockowego brzmienia? W pewnym momencie Waszej kariery poczuliście się „wypaleni” na punkowym podwórku?

– Znowu chcesz, żebym sam siebie ocenił. Może z zewnątrz lepiej, albo inaczej to widać, ja tego nie wiem. Poza tym niezbyt konkretnie wynika z pytania o który okres z tych 22 lat grania pytasz. Odpowiem, jak potrafię najlepiej, o ile dobrze zrozumiałem pytanie. Zwykle zmiany składu doprowadzały do zmiany wyglądu i muzyki zespołu. Nie zawsze uważaliśmy muzykę przez nas tworzoną za punk rock (”Hallo, to ja”). Ja oprócz punk rocka fascynuję się właściwie od zawsze starym rock and rollem, muzyką merseybeatową, kompletnie niepopularną w Polsce. Oba gatunki są mi tak samo bliskie, a postanowiłem w życiu utrzymywać się z muzyki. W pewnym momencie grałem z ludźmi, którzy nie chcieli mieć nic wspólnego z punkiem. Doszło do tego, że nie byliśmy w stanie zagrać na koncercie „Alarmu” czy „Wody”, bo nie wszyscy umieli lub chcieli. Dzisiaj wydaje mi się to kompletnie idiotyczne i bez sensu, wtedy było inaczej. Jest to w naszym przypadku cena, jaką przyszło zapłacić za nieprzerwaną działalność. Właściwie wszystkie, bez wyjątku, kapele z naszym i podobnym stażem, miały kilkuletnią przerwę w życiorysie na scenie – my nie.

Mimo wszystko powróciliście do punk rocka, o czym świadczy album „Newyorksyty”… Stara miłość nie rdzewieje?

– Zadecydowała o tym w dużej mierze kolejna, tym razem szczęśliwa zmiana składu, a raczej powrót do własnych korzeni. Wrócili Bogdan i Dominik. To odnowiło zespół, dodało nam energii i zapału. Wolałbym, żeby tylko takie zmiany następowały, ale to tylko życie, nie wszystko jest tak, jak ja tego chcę. „Newyorksyty” uważam za bardzo udany album, a tytułowy utwór to bodaj jedyny kawałek o obecności polskich wojsk w Iraku. Poza tym na płycie „Newyorksyty” jest „Pocztówka z Londynu”, „Polska Traci Czas”, „Ćma”, „Bejsbolowy kij” i kilka innych kawałków, których granie na koncertach sprawia nam olbrzymia frajdę.

W ostatnim czasie bierzecie aktywny udział w punkowych festiwalach i koncertach, powróciła stara zadziorność, ale mimo to zdarza Wam się zagrać w telewizji “Hallo to ja”. Nie odcinacie się od tej – dla wielu fanów – “niewygodnej” części Waszej kariery?

– „Hallo, to ja” jest częścią historii tego zespołu. Wymyślony przez nas prosty, rock and rollowy kawałek. Można powiedzieć bez przesady, że w klimacie podobny do np. „Bye, Bye Baby” Ramonesów czy „Baby, baby” Vibratorsów, ma typowy styl epoki Beatlesów. Jakoś telewizja nie chce nas zaprosić żebyśmy zagrali „Prawdziwe oblicze szatana”. Co robić. Źle odbierają „Hallo” głównie ci, którzy nie lubią zespołu, albo traktują ten kawałek na poważnie. „Hallo” ma naprawdę wyjątkową historię. Trafiło dość przypadkiem do radia na płycie CDR opisanej zwykłym flamastrem, bez okładki nawet, ale stało się ogólnie znane, jak np. „Woda”. Dzięki temu kawałkowi poznałem osobiście Afric Simona, tego od „Ramaya”, i zdarzyło się w moim życiu wiele przygód oraz koncertów, które inaczej nie miałyby miejsca. Mimo to nie przypominam sobie, żebym komukolwiek wmawiał, że to punk rock.

Mógłbyś rozwinąć wątek dotyczący poznania Afric Simona? Chyba każdy ma przed oczami okładkę winyla, na której paraduje w tych kosmatych buciorach…

– Tak się złożyło, że słynny człowiek w futrzanych buciorach miał przybyć na koncerty do Polski… I przybył, ale bez zespołu. Organizator trasy skojarzył, że Sexbomba gra „Ramaya” i doprowadził do naszego spotkania i wspólnych występów. Afric dodatkowo nauczył się „Hallo, to ja” i nawet śpiewał razem ze mną. To nie jest trudny tekst, ale „pędzę do ciebie światłowodem” zlewało mu się w jeden, przeciągły ni to gwizd, ni to syk. Nijak nie mógł tego wymówić i już. Nasze wspólne wykonanie „Ramaya” znajdziesz w dziale VIDEOKLIPS na stronie Sexbomby.

Bardzo dbacie o reedycje Waszych starych nagrań, tym samym ocalając je od zapomnienia…

– Od pewnego czasu mam własne studio nagrań i ciągle coś tam dłubię. Czasem uda się jakieś stare nagrania w wolnej chwili podszykować, odszumić, itp. i wydajemy je w miarę możliwości. Sprawia to nam radochę, a tym którzy chcą – daje okazję do posłuchania tych nagrań. Zachowałem szczęśliwie stare studyjne taśmy Sexbomby, a technika strasznie napiera do przodu i wszystko brzmi lepiej, niż kiedyś. Mam jeszcze kilka ciekawostek z archiwum do zrobienia. Ostatnio wpadł mi w łapki absolutnie pierwszy koncert Sexbomby, naprawdę dobrej jakości i pierwsze demo, jakości nie gorszej. Pewnie coś z tego ukręcę na jakiś bonus.

W swoim studio zajmujesz się jedynie realizacją nagrań Sexbomby czy dajesz możliwość nagrywania innym kapelom? Jeśli tak, to jakim?

– Nagrywam bardzo różne dźwięki. Z punkowych załóg pracowałem z zespołami Bang Bang, P.D.S, Werwolf, Dumbs i paroma innymi, do tego nagrywam bardzo różne rzeczy spoza punk rocka. Najróżniejszą muzykę i nie tylko muzykę. Nagrywałem np. jakąś podobno bardzo cenną tybetańską misę, której dźwięk właścicielka chciała utrwalić na płycie na wieczną pamiątkę.

Mocno podkreślacie związek z rodzimym Legionowem. Nie ukrywam, że gdy słyszę o tymże mieście, kojarzy mi się ono przede wszystkim z Wami. Jesteście swoista wizytówką Legionowa. Dostrzegacie w nim następców Sexbomby, ciekawe, twórcze młode zespoły, które w przyszłości mogłyby osiągnąć podobny status, co Wasza kapela?

– Jesteśmy z Legionowa jako zespół i dobrze, że ludzie o tym wiedzą. Jest tu dość silna scena, nie tylko punkowa, ale tylko od zespołów zależy, ile osiągną. Generalnie nie jestem wróżbitą, ani dziennikarzem, nie zajmuję się gdybaniem. Jeśli będą pracować wytrwale, będzie o nich głośno. Tego im życzę.

Wasza strona internetowa powstała w 1997 roku, jako pierwszy site polskiego zespołu muzycznego. Szybko więc dostrzegliście ogromny komunikacyjny potencjał Internetu…

– Przypadek. Kolega był adminem strony ważnej instytucji w czasach raczkującego netu w Polsce i zaproponował, że zrobi nam witrynę o zespole i umieści na swoim serwerze. Chętnie przystaliśmy na ten pomysł, do tego okazało się, że jesteśmy pierwsi. Fajnie wyszło.

A jak odnosicie się do Internetu przez pryzmat piractwa fonograficznego? Wasz pierwszy materiał „Kiedy wreszcie wybuchnie Sexbomba” wydaliście własnym sumptem, rozprowadzaliście go na koncertach i drogą wysyłkową. Dziś wystarczyłoby wrzucić ten album w sieć… Jednak z drugiej strony, w wirtualnej otchłani znaleźć można niemal każdy krążek dostępny w katalogach dystrybucyjnych, co sprzyja nagminnemu okradaniu artystów…

– Do Internetu odnosimy się przez pryzmat piractwa tak samo, jak odnosimy się do motoryzacji przez pryzmat wypadków drogowych… Internetu można używać do poznawania, komunikacji, sexu, a może służyć też do okradania innych. Jest tylko narzędziem – jak samochód. Każdy sam decyduje do czego i w jaki sposób go używa. W sieci jest wiele darmowych mp3 i wideoklipów dobrowolnie udostępnionych przez kapele, ale niektórym to nie wystarcza.

Czy dziś wystartowanie z nieznaną, młodą kapelą jest łatwiejsze, niż w latach osiemdziesiątych? Wyobrażasz sobie czasem jak wyglądałaby droga Sexbomby, gdybyście działalność zaczynali w roku 2008?

– Nie wyobrażam sobie. Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem. Na to pytanie szczerze może odpowiedzieć tylko debiutujący zespół. Ale chyba nigdy specjalnie łatwo nie było i nie będzie.

Czym zaskoczy nas jeszcze Sexbomba?

– Zawsze możemy zmienić płeć.

/wywiad został przeprowadzony w 2008 roku/

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*