Punki i autodestrukcja. Pieśń upadłych aniołów

Punki i autodestrukcja

Punki i autodestrukcja, czyli pieśń o niespokojnych duszach. Tragiczna przypowieść o bólu, wykolejeniu i śmierci.

Co powoduje, że fizyczna i psychiczna autodestrukcja ma tak słodki, zniewalający smak? Dlaczego stopniowo odbieramy sobie to, co najcenniejsze, zanurzając się w morzu uzależnień i cierpienia? Czy zachowania straceńców, którym poświęcę najbliższe akapity tego tekstu były desperackim wołaniem o pomoc, którego nikt w punkowym hałasie nie usłyszał?

Autodestrukcja według najprostszej definicji jest „niszczeniem samego siebie”. Zjawisko to może przybierać różnorodne formy. Począwszy od radykalnych okaleczeń fizycznych, takich jak zadawanie sobie ran, połykanie ciał obcych, przedawkowanie leków, próby samobójcze, poprzez pośrednie formy autozagłady, jak: alkoholizm, narkomania, uzależnienie od nikotyny, anoreksja, bulimia, zaniedbywanie własnego zdrowia, ryzykowne zachowania, prowokowanie niebezpiecznych sytuacji, kończąc na psychicznych dysfunkcjach, m.in. depresji.

PUNKI CIEMNOŚCI

Skupimy się tu na formach autodestrukcji, które przylgnęły do środowiska punkowego, a więc, jak nie trudno się domyślić, na uzależnieniach od narkotyków i alkoholu oraz wyniszczającym trybie życia. O ile same formy autoagresji raczej nie podlegają dyskusji, o tyle powody tych wyniszczających zachowań wśród muzyków i fanów punk rocka pozostają ciekawym i niezbadanych zjawiskiem, nad którym warto się zastanowić.

Zawsze wychodziłem z założenia, że bycie punkiem wymaga od danej jednostki specjalnej formy wrażliwości i spojrzenia na świat. Co napędzało w życiu takich muzyków, jak Sid Vicious czy Darby Crash, spiralę autozagłady? Buntowniczy charakter, niezrozumienie ze strony otaczającego środowiska, skłócenie ze światem czy chęć czerpania z życia pełnymi garściami, bez względu na konsekwencje? Każdy z nich był inny, każdy z nich pojmował egzystencję z innej perspektywy. Każdy z tych ludzi oczekiwał od życia czegoś innego. W końcu każdy z nich wybrał własną drogę, zakończoną zbyt szybko i tragicznie.

Sid Vicious. Femme fatale x 2

Historię Sida Viciousa, jednego z pierwszych punkowych wykolejeńców, który stracił życie dwa lata po rozpoczęciu historycznego dla nas boomu, znają chyba wszyscy. Był to impulsywny, chamski i agresywny naturszczyk, na którego w pewnym momencie jego burzliwego życia skierował się wzrok całego brytyjskiego społeczeństwa. Sid zmarł wskutek przedawkowania heroiny, jednak powodów jego ćpania nie należy szukać w trudnej naturze, lecz w postaciach dwóch kobiet jego życia – matki oraz ukochanej, Nancy Spungen.

Anne Ritchie, rodzicielka Viciousa, hołdowała beatnikowskiemu stylowi życia. Ledwo wiązała koniec z końcem, trudniąc się dilerką Sid Viciousnarkotyków i ich zażywaniem. Sid od najmłodszych lat obserwował swoją matkę walącą w kanał, nic więc dziwnego, że z czasem sam zaczął eksperymentować ze środkami odurzającymi.

Po wstąpieniu do Sex Pistols na drodze zespołu pojawiła się amerykańska groupie, która miała ochotę „zaliczyć” któregoś z Pistoletów. Po olaniu Nancy przez Johnny’ego Rottena, ta zwróciła się ku Sidowi, z którym stworzyli związek prowadzący wprost do grobu.

Przeklęty Hotel Chelsea

Spungen była narkomanką z burzliwą przeszłością (próby samobójcze, problemy psychiczne, agresja skierowana w stronę własnej rodziny) i to właśnie ona doprowadziła Sida do uzależnienia od heroiny. Kochanka Viciousa w pewnym stopniu przyczyniła się też do rozpadu legendarnej formacji. Jej członkowie do dziś przeklinają Nancy i wspominają, że próby jej pozbycia się na trasach posunięte były nawet do porwań samej zainteresowanej. Po rozwiązaniu Pistolsów para zamieszkała w nowojorskim Hotelu Chelsea. Miejsce to było poligonem pijacko-narkotycznych amoków. Po jednej z imprez, Sid znalazł swoją wykrwawioną na śmierć dziewczynę leżącą między sedesem a umywalką. Śmiertelna rana brzucha została zadana nożem punkowca, który z miejsca stał się głównym podejrzanym o morderstwo. Zdarzeń tego tragicznego wieczoru nie mógł sobie przypomnieć, bo był zbyt naćpany.

W ostatnim etapie życia Sida po raz kolejny destrukcyjną rolę odegrała jego matka. W trakcie jego pobytu w więzieniu szmuglowała narkotyki dla syna w swych narządach rozrodczych, a po zwolnieniu Viciousa za kaucją, zorganizowała narkotyczne przyjęcie powitalne dla pierworodnego. Była to ostatnia impreza byłego basisty Sex Pistols. Różne źródła wskazują różne okoliczności jego śmierci. Według niektórych Sid po prostu wziął za dużo, inne poszlaki wskazują, że na drugi świat wyprawiła go Anne Ritchie, aplikując mu śmiertelną dawkę heroiny w przeddzień procesu o morderstwo Nancy. Nie dowiemy się już co tak naprawdę stało się w ostatnią noc Sida na ziemi. Podobnie, jak tajemnicą póki co pozostanie okryte odejście Nancy, ponieważ po latach pojawiły się nowe wątki w tej niewyjaśnionej do dziś sprawie, które wskazywałyby na niewinność twórcy tańca pogo.

Darby Crash. Punki w cieniu hipisa

Darby Crash. Punki w cieniu hipisaW Polsce kapela The Germs i postać ich lidera, Darby’ego Crasha, są mało znane. Sytuacja zgoła inaczej wygląda w Stanach Zjednoczonych, gdzie Germsi pozostają jedną z kultowych załóg pierwszej fali punk rocka w tym kraju. Dorobek, jaki po sobie pozostawili, nie jest zbyt duży, jednak jest to formacja, która żyła krótko, acz intensywnie. Jan Paul Beahm (właściwe imię i nazwisko Crasha) przeżył jedynie 22 lata. Jego zachowanie na scenie i poza nią oraz image jednoznacznie wskazywały, że Darby nie jest potulnym i dbającym o siebie młodzieńcem. Crash fascynował się filozofią Nietzschego, czytywał ponadto Hitlera. Na scenie ciął się szkłem niczym Iggy Pop, a występy Germs nierzadko kończyły się zamieszkami.

W parze z wybuchowym zachowaniem scenicznym szła buntownicza natura i problemy osobiste Crasha – niejasna orientacja seksualna, fascynacja samobójstwem, narkotyki. Te ostatnie zaprowadziły go do grobu 7 grudnia 1980 roku, gdy w samobójczym pakcie z niejaką Casey Cola postanowił przedawkować heroinę. Tak się jednak złożyło, że jego towarzyszka zagłady przeżyła. Natomiast śmierć Darby’ego, który marzył o staniu się rock’n’rollową legendą, przyćmiło zabójstwo Johna Lennona, o którym 8 grudnia trąbiły wszystkie media.

25 lat po tragicznym odejściu wokalisty Germs, pozostali członkowie reaktywowali grupę, a jego miejsce zastąpił Shane West – aktor, który w fabularyzowanym filmie biograficznym „What We Do Is Secret” zagrał postać Crasha. Jestem przekonany, że gdyby Darby miał możliwość, skopałby ostro dupę swym byłym kolegom i przebierańcowi Westowi.

Battalion Of Saints. Cienka, nihilistyczna linia

Za przerażającą, miejską legendę uznać można przedwczesną śmierć większości członków jednego zespołu, ale taka historia miała miejsce naprawdę. Dotyczy muzyków bezkompromisowej punkowej ekipy z San Diego o nazwie Battalion Of Saints.

Grupa wsławiła się radykalnym stylem muzycznym, balansującym na pograniczu hardcore, punka i metalu. Wspomnienia fanów po ponad Battalion of Saintsdwudziestu latach od czasu koncertów pierwotnego składu, są nadal ciepłe i entuzjastyczne. Wystarczy nieco poszperać po sieci, by dowiedzieć się, że występy BOS były spektaklem niezwykłej energii i dzikości. Emerytowane punki wspominają muzyków kapeli jako ludzi ciekawych i otwartych. Pomimo tego, że zdolni byli do drobnych kradzieży w domach osób, które ich gościły.

Ale historia oryginalnego składu Battalion Of Saints to nie tylko porywcza muzyka i punkowa przygoda, to przede wszystkim styl życia naznaczony nihilistyczną bakterią do granic możliwości. Słowo nihilizm w zestawieniu z nazwą formacji spotyka się nagminnie. Nic dziwnego – cztery osoby z pierwszego zestawienia grupy (funkcjonującej na początku pod nazwą Nutrons) od dawna nie żyją. Dave Astor, gitarzysta Nutrons, popełnił samobójstwo poprzez strzał w głowę. Barry Farwell, basista pierwszego wcielenia BOS, zmarł z powodu wyniszczenia organizmu przez narkotyki. Jeden z założycieli bandu, Chris Smith, po latach zmagań z heroinowym uzależnieniem poślizgnął się pod prysznicem i wskutek obrażeń stracił życie. Z kolei inny wiosłowy grupy, Don Diaz, przegrał walkę z AIDS.

Historia Batalionu Świętych skłania ku refleksji na temat postawy „No Future”. Bo o ile Sid Vicious wpadł w sidła dwóch patologicznych kobiet, od których nie mógł się uwolnić, o tyle muzycy BOS po prostu grali punk rocka, żyjąc chwilą. Ta beztroska i brak spojrzenia w przód zaprowadziły ich w ślepy zaułek, z którego nie było już powrotu. W związku z tym czy to właśnie oni okazali się w pełni autentyczni wobec jednej z najpopularniejszych punkowych maksym?

GG Allin. Ludzie nie rodzą się źli

GG AllinW historii muzyki nie było bardziej autodestrukcyjnej i patologicznej jednostki. I pewnie nigdy już nie będzie. GG Allin świadomie dążył do własnej zagłady, o czym świadczyło chociażby jego wielokrotne zapowiadanie samobójstwa w trakcie trwania występu na żywo. O formach ekstremalnie daleko posuniętej perwersji muzyka słyszeli już chyba wszyscy czytający ten tekst. Wyczyny Amerykanina są już właściwie mrocznymi legendami punkowej historii. W przypadku tego osobnika nie było mowy o beztroskim „carpe diem”.

Życie i twórczość Allina to nieprzerwana walka, wypowiedziana w furii wojna przeciwko ludzkości. Przesadnie zwichrowaną psychikę i nienaturalny sposób bycia GG tłumaczył sobie i światu zupełnie inaczej. Uznawał się bowiem za mesjasza, który przywraca rock’n’rollowi jego prawdziwą, nieprzewidywalną i niebezpieczną twarz.
W jaki sposób człowiek może stać się tak zepsuty i nieprzystosowany do zasad społecznego współżycia? Odpowiedzi należy szukać w ciemniej otchłani jego dzieciństwa, pozbawionego krzty radości i rodzinnego ciepła.

Ludzie stają się źli

Ludzie stają się źli. Za stworzenie jednej z najbardziej chorych i odrażających person w historii muzyki odpowiedzialny jest Merle Allin Senior, ojciec GG. Człowiek ten był jednostką przesadnie uduchowioną, jednocześnie aspołeczną i niezdolną do okazywania uczuć. Pewnego dnia doznał on wizji, przez którą wierzył, że jedno z jego dzieci urodzi się Mesjaszem (dostrzegacie już skąd u GG przekonanie o byciu zbawicielem rocka?). Dlatego też ochrzcił syna imionami Jezus Chrystus. Do momentu rozejścia się państwa Allin było coraz gorzej. Szczegóły z dzieciństwa GG opowiadają o własnoręcznym kopaniu grobów, w których musiał spędzać czas, życiu bez wody i elektryczności oraz ciągotkach Allina Seniora do popełnienia zbiorowego samobójstwa przez członków rodziny.

Takie dzieciństwo nie mogło nie pozostawić po sobie śladu. GG nigdy nie zdołał ułożyć sobie życia w sposób nazywany przez szarych obywateli „normalnym”. Żył szybko, nieostrożnie i niepoprawnie, balansując na samej krawędzi. Przekroczył ją bezpowrotnie 28 czerwca 1993 roku, zażywając zbyt dużo heroiny. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że jego tragiczny i obrazoburczy życiorys zaprojektował sam diabeł.

Jason Thirsk. Z deszczu pod rynnę

Pennywise zostaną zapamiętani jako jeden z najpopularniejszych amerykańskich zespołów hardcore/punk święcących sukcesy w latach ‘90 Jason ThirskXX wieku. Niewątpliwie jednym z ojców sukcesu grupy był basista Jason Thirsk, który zagrał na trzech pierwszych albumach formacji. Teksty pisane przez muzyka charakteryzowały się pozytywnym przekazem i optymistycznym podejściem do życia. Thirsk wsławił się m.in. tekstem do „Come Out Fighting”, niosącym antysamobójcze przesłanie oraz „Bro Hymn” – utworem poświęconym jego trzem kolegom, którzy zginęli w wypadku samochodowym. Za brutalną ironię losu można uznać fakt, że pięć lat po ukazaniu się debiutanckiego albumu Pennywise, z którego pochodzą wspomniane teksty, Thirsk popełnił samobójstwo.

Muzyk wpadł w wir szaleńczego, punkowego życia, który wpędził go w alkoholizm. W dodatku Jasonowi nie służyły trasy koncertowe, dlatego w lecie 1995 postanowił odsunąć się od życia zespołu, by przetrzeźwieć i uporządkować swoje sprawy. Jednak odpoczynek od Pennywise wpędził go w kolejne kłopoty – depresję. 29 lipca 1996 roku, w trakcie samotnego upijania się w swym domu, Thirsk postrzelił się w brzuch.

Muzycy Pennywise nigdy nie uwierzyli w samobójstwo kolegi. Całą tragedię uznali za przypadkowy, nieszczęśliwy wypadek. Pomimo wstrząsu po stracie Jasona, postanowili grać dalej. Na kolejnej płycie grupy („Full Circle” z 1997 roku) ukazała się nowa wersja piosenki „Bro Hymn”, która nosiła tytuł „Bro Hymn Tribute”. Zwrotka: „Canton, Colvin, Nichols, this one’s for you”, została zmieniona na: „Jason Matthew Thirsk, this one’s for you”.
Po dziś dzień koncerty Pennywise zamyka „Bro Hymn” na znak szacunku i pamięci dla niezapomnianego przyjaciela, ale też w ramach uczczenia żywotów ich wszystkich bliskich.

PUNKI ŚWIATŁA

Opisane powyżej historie pokazują, że linia pomiędzy czerpaniem z życia a jego marnowaniem, jest niezwykle cienka. Nie sposób ocenić które piwo lub narkotyczny odlot będzie już zjazdem po linii pochyłej. Jednak nie wszystkie autodestrukcyjne dusze punk rocka kończyły w tak tragiczny sposób, jak wspomniani wcześniej muzycy. Postanowiłem na koniec przytoczyć życiorysy dwóch wybitnych artystów, którym udało się uchronić przed smutnym i przedwczesnym końcem. Zwłaszcza doświadczenia Mike’a Nessa powinny być światełkiem w tunelu dla tych, którzy spisali siebie lub swych przyjaciół na straty.

Mike Ness. Podróże pomiędzy niebem a piekłem

Mike NessMike Ness w przeciwieństwie do większości punkowców opisywanych w tym tekście żyje po dziś dzień. I co najważniejsze, ma się całkiem dobrze. Jednak w jego opowieści nie zawsze świeciło słońce…

Upadek muzyka tak właściwie rozpoczął się z momentem wyrzucenia z rodzinnego domu w wieku piętnastu lat. Zastępczą rodziną dla Nessa okazały się punki i ich środowisko, w które mocno się zaangażował. Do tego stopnia, że powołana przez niego grupa Social Distortion dziś uważana jest za jednego z najważniejszych przedstawicieli gatunku. Pomimo, że tak naprawdę czysto punkowym dokonaniem formacji jest tylko debiutancki „Mommy’s Little Monster”.

Kids Of The Black Hole – punki z czarnej dziury

Wczesną młodość Mike’a i jego przyjaciół opisuje utwór grupy Adolescents „Kids Of The Black Hole”. Opowiada o melinie, w której żyły lokalne punki. Był to czas przełomu lat ‘70 i ‘80 XX wieku. Social Distortion szlifowali muzyczne umiejętności, powoli rozkręcając karierę. Jednocześnie skłócony ze światem Ness coraz mocniej stąpał po kruchej powierzchni narkomanii i kłopotów z prawem. Wspomnienia i refleksje na temat tych burzliwych lat znaleźć można w piosenkach Sociali. Za wielką wodą, ale nie tylko, są już niemal kultowymi hymnami pokoleń. Ostatecznie wybryki Nessa zaprowadziły go na detoksy i za kratki. Na szczęście jednak z tych doświadczeń potrafił on wyciągnąć wnioski.

Niezrozumienie z otoczeniem i rodziną oraz romantyczna i nonkonformistyczna natura – to główne powody autodestrukcyjnych postaw Nessa. Wątpliwości co do takich wniosków nie pozostawia utwór „I Was Wrong” ze świetnego krążka „White light, white heat, white trash”. Jak pokazuje przykład muzyka z Orange County, autostrada do piekła posiada jednak drogi zjazdowe. Ale wkroczenie na te awaryjne ścieżki wymaga wielkiego samozaparcia i pomysłu na dalszy żywot. Dziś Ness jest mężem i ojcem dwóch synów, stworzył rodzinę, jakiej w pewnym momencie życia mu zabrakło. Kto wie, czy gdyby nie jego pobyt w więzieniu, mielibyśmy okazję słuchać tak wspaniałych albumów, jak: „Sex, Love, and Rock’n’roll” czy „Somewhere between heaven and hell”?

Shane McGowan. Bóg lubi szczerbatych

Shane McGowan jest osobą, która najdobitniej wypełnia pojęcie romantycznego pijaka-awanturnika. Wieloletni lider mistrzów folk punka Shane McGowanThe Pogues jest uznawany za jednego z najzdolniejszych i najwybitniejszych tekściarzy i autorów muzyki w Irlandii. Napisałem „jest uznawany”, choć powinienem to sformułować w czasie przeszłym, ponieważ od 1997 roku McGowan nie stworzył nic nowego. Wpływ na to ma jego posunięty do granic możliwości alkoholizm. Nie tylko jego twórcze zalety uległy degrengoladzie. Reaktywacja The Pogues na początku XXI wieku dobitnie pokazała, że szczerbaty, postarzały i fałszujący Shane nie jest już tym samym wokalistą, co przedtem.

Whiskey you’re the Devil

O McGowanie zrobiło się po raz pierwszy głośno za sprawą gigu The Clash. W jego trakcie Shane z koleżanką zabawiali się w kaleczenie ciała. Nagłówki brytyjskich gazet świeciły później tytułami typu: „CANNIBALISM AT CLASH GIG”. Późniejszy lider The Pogues był mocno zaangażowany w londyńskie środowisko punkowe w latach ‘70. Laików odsyłam do twórczości The Nips (wcześniej Nipple Erectors).

Młodość McGowana była przepełniona melodią gwarnych barów, tłuczonego szkła i bójek. Ten wyniszczający tryb życia wprowadził Irlandczyka w szpony alkoholizmu, z których muzyk nie wyszedł już nigdy. Przez długie lata „wizytówką” McGowana i symbolem jego burzliwej przeszłości był opłakany stan uzębienia. W zeszłym roku poczciwy Shane w końcu wstawił sobie protezę zębów.

McGowan nie jest bezmózgim, otępiałym pijakiem. To jeden z najwrażliwszych i najbardziej uczuciowych muzyków na świecie, o czym świadczą jego wspaniałe, ponadczasowe teksty i melodie. Tak to jednak bywa, że ci najwrażliwsi są często najbardziej podatni na autodestrukcję. Shane zapłacił wysoką cenę za swą miłość do butelki. Upadek kariery, wyniszczenie organizmu, kłopoty uczuciowe. Wielu wróżyło mu, że nie dożyje czterdziestych urodzin. I mimo, że wygląda jak staruszek, mimo że wciąż chleje i jego dni wydają się być policzone… Ten sympatyczny pijus nadal nie opuszcza naszego świata. Boża łaska, o którą bał się, że niegdyś go opuści, wciąż sprawuje pieczę nad jego pijackim, bujnym życiem.

/2010 rok/