Izerbejdżan Punk Eko Fest 2025

Izerbejdżan Punk Eko Fest 2025

Odbywająca się od 2017 roku w Górach Izerskich impreza zdążyła już zyskać renomę i stać się stałym punktem na muzycznej mapie Polski. Dla mnie było to pierwsze zetknięcie z Izerbejdżanem i powrót do świata punkowych festiwali po naprawdę długiej przerwie. 

Ostatni stricte punkowy festiwal, na którym byłem, to druga edycja Warheada z 2009 roku. Później zacząłem regularnie jeździć na mecze, więc festiwalowe wycieczki zostały zastąpione obecnością na stadionowych sektorach gości. Nie miałem jakichś wielkich oczekiwań wobec Izerbejdżan Punk Eko Festu, ale byłem niezmiernie ciekaw, jak będę się bawił i jak wyglądają obecnie załoganckie spędy.

Dzień I

Na miejscu pojawiliśmy się czteroosobową ekipką około 14:00 w piątek. Planowaliśmy spać w namiotach, więc zaczęło się od szybkiego rekonesansu czy na polu namiotowym festiwalu są jeszcze miejsca. Gdy okazało się, że jest już raczej ciasno i może być problem, z gotowym rozwiązaniem pojawił się właściciel sąsiedniego pola rolniczego, z którego uczynił pole namiotowe. Miejscówka znajduje się dokładnie po drugiej stronie ulicy, a ceny za rozbicie namiotu i wjazd autem były niemal takie same, jak na terenie imprezy. Właściciel przyznał zresztą, że tak się dogadali z Teo (głównym organizatorem i mózgiem Izerbejdżanu). Od razu było więc widać, że wszyscy żyją w komitywie i przyjaznych stosunkach w tym malowniczym miejscu, które z dumą i niewątpliwą sympatią można by określić końcem świata lub przynajmniej końcem Polski.

Prognozy pogody nie były raczej optymistyczne. Już w drodze na miejsce z Poznania solidnie napierdalał deszcz, choć ustał, gdy zaczęliśmy zbliżać się do Pobiednej. Nasza miejscówa do spania, czyli ów pole, było jednak jak gąbka. Wystarczyło mocniej nadepnąć na trawę, by ziemia momentalnie oddała mnóstwo wody, która skutecznie zatapiała buty i skiety. Szykował się więc wypad z wiecznie mokrymi stopami i taki też był. Niektórzy z nas zaopatrzyli się w kalosze, ale ja nigdy w gumiakach nie popierdalałem, więc ogarnąłem temat od innej strony. Jako zapasowe obuwie przywiozłem buty neoprenowe, których używałem wcześniej na kajakach lub morsując. Spisały się zajebiście, bo nie miałem żadnych oporów, by je zamoczyć, a schły dość szybko.

Rozbijanie namiotów poszło nam bardzo sprawnie. Po raz kolejny potwierdziła się stara metoda, by najpierw rozbić namiot, a dopiero po tym się najebać. W przeciwnym razie może dojść do spektakularnej porażki czy też wyraźnego przecenienia własnych możliwości. A kto by chciał w tym wieku spać w poskładanym namiocie… Tak więc gdy z drugiej strony ulicy zaczęły dochodzić pierwsze dźwięki ze sceny, my sączyliśmy już browary i winko.

Izerbejdżan Punk Eko Fest 2025 pole namiotowe
Wieczorny obrazek z naszej miejscówki

Czynność spożywania trunków wyskokowych kontynuowaliśmy już na terenie imprezy, gdy grał Stan Oskarżenia. Kiedyś kupiłem „Pięść Wiary” na winylu i mi się ten materiał podobał, ale na żywo jakoś mnie nie porwali.

Kolejny na scenie Driák można określić chyba jako taki czeski Leniwiec ze względu na akordeon – nie przeszkadzało, ale nie będę za ich płytami buszował po necie.

Po występie naszych sąsiadów zaszła jakaś zmiana w rozpisce i zamiast Breakout na scenie zameldował się nie kto inny, jak Falon ze swoją załogą. Nie ukrywam, że był to jeden z koncertów, które chciałem zobaczyć najbardziej. „Szpaner” był od dawien dawna jednym z moich największych punkowych hitów i często śpiewaliśmy to po pijaku z ziomkiem (pozdro Hans). Gdy rozbrzmiał na scenie, oczywiście nagrałem mu fragment na komórce i wysłałem. Takie czasy.

Pamiętam też obszerny wywiad z Tomkiem w którymś ze starych numerów Pasażera. Były tam śródtytuły „Ojciec Falon” i „Różne autostrady nosiłem na głowie”. Nie wiem czemu, ale zapisało mi się to w pamięci i przez te wszystkie niuanse, ale też dzięki rozmowom publikowanym już w sieci, zawsze miło wspominałem lidera Psów Wojny. Teraz była okazja, by zobaczyć tego zakapiora w akcji na żywo.

Psy Wojny - Izerbejdżan Punk Eko Fest 2025
Psy Wojny na scenie Izera ’25

Psy Wojny zagrały na Izerbejdżanie w 2021 roku i był to kapitalny występ, co dokumentuje pełne nagranie dostępne na YouTube. Tym razem również była moc i cieszę się, że mogłem zobaczyć chłopaków w tak dobrej formie. Warto podkreślić, że pod sceną nie brakowało ludzi z koszulkami, katanami czy flagami gloryfikującymi formację z Jastrzębia-Zdroju. A sam Falon trzyma fason. Nie wiem ile dokładnie Jaworski ma lat, ale chciałbym tak wyglądać w jego wieku. Przypomnę, że zespół obchodzi w tym roku 40-lecie działalności. Uszanowanko i naprawdę mocno czekam na nową płytę.

„Jebał lewą i prawą stronę, siedzimy na płocie i obserwujemy. My jesteśmy Psy Wojny, stare skurwysyny” – to cytat sprzed czterech lat, ale wciąż nic dodać, nic ująć.

Francuzi z Breakout zajebali nazwę naszym słynnym prog rock’owcom, ale pod względem muzyki i stylówy to taki mocny klimat Unseen czy The Casualties. Wypadli spoko, choć ciężko tu mówić o jakichś odkrywczych patentach.

The Cloverhearts przyjechali na Izerbejdżan z dalekiej Australii. Ciekawe, czy docenili fakt, że w Polsce żaden skorpion nie ugryzie ich w dupę podczas snu. Gdy zapoznawałem się z tą kapelą, brzmieli mi nieco jak folk-punkowy Blink 182. Myślę, że na pewno warto było rozgraniczyć ich występ z Driák na piątek i sobotę, bo tutaj za sprawą kobz (dud?) ponownie ostro wjechały celtyckie klimaty. Dla mnie to nie problem, ale można to było po prostu sensowniej rozdzielić.

Jednym z głównym headliner’ów tegorocznej edycji festiwalu był Mad Sin. Byłem bardzo ciekaw ich występu, bo rzadko mam okazję zobaczyć tak solidną firmę spod znaku psychobilly na żywo. Niestety krótko przed imprezą okazało się, że grupa nie pojawi się na najbliższych koncertach w Polsce i Słowacji. Organizatorzy stwierdzili, że nie pozostawią luki, za co szacun, lecz w miejsce Niemców zaprosili… Big Cyc. Twórczość tego muzycznego kabaretu to jedno, a postawa jego niektórych członków to drugie. Na jedno mogę przymknąć oko, a na drugą kwestię nie mam zamiaru.

Skiba to pierdolone cwelisko, które zrobi wszystko za pieniądze, łącznie z hurtowym obrażaniem osób, których nigdy nie widział na oczy. Tak też było w 2007 roku, gdy Zielona Góra zaprosiła go na miejską chałturę, by poobrażał mieszkańców mojego rodzinnego Gorzowa. Skiba wysrał więc ze swojego sprzedajnego ryja tekst, że „wszystkie gorzowianki są brzydsze od krów”. Z naturalnych względów koncert Big Cyca na Izerbejdżanie sobie odpuściłem, a miałem też w planie napluć tej kabareciarskiej prostytutce w ryj, choć się zwyczajnie nie napatoczyła. Może będzie jeszcze okazja.

Przedostatnią formacją na piątkowej rozpisce było Tribute to Siekiera. Widziałem ten projekt w listopadzie 2023 roku w rodzimym Gorzowie i wówczas chłopaki wypadli bardzo obiecująco. Grali sprawnie, dobrze odwzorowując brzmienie i klimat „Nowej Aleksandrii”. Zdarzyła się chyba tylko jedna wpadka, gdzie któryś się pogubił i na krótką chwilę przerwali utwór czy też zaczęli go grać na nowo. Po niemal dwóch latach szlifowania legendarnego materiału Dzwona i spółki spodziewałem się w Pobiednej prawdziwej petardy. Góry, mrok, dym, ciarki na karczychu – tak sobie wyobrażałem ten występ do ostatniego momentu. Rzeczywistość jednak zweryfikowała oczekiwania. Nie wiem z czego to wynikło, ale nagłośnienie akurat na tym konkretnym występie było tragiczne. Puste, jednolite, mdłe. Sam zespół chyba też zdawał sobie z tego sprawę, bo było widać ze sceny sygnały muzyków, że coś jest nie tak. Chłopaki szli jednak do przodu z setlistą, która w pewnym momencie przerodziła się w swego rodzaju jam session(?) Reasumując, to był dziwny występ i niestety największe rozczarowanie Izerbejdżanu.

Po Tribute to Siekiera zmęczenie zaczęło mocno dawać się we znaki – Xennę pooglądałem przez chwilę i zawinąłem się do namiotu. Piątek pożegnał nas konkretną burzą i sromotnym jebnięciem pioruna gdzieś bardzo blisko pola namiotowego – w pierwszym momencie mieliśmy wrażenie, że coś wybuchło na sąsiedniej jezdni. Szybko do akompaniamentu burzy dołączył się deszcz. Intensywnie obijające się o namiot krople sprawiły, że usnąłem jak dziecko.

Dzień II

Drugiego dnia pod kątem muzycznym interesował mnie już właściwie tylko jeden zespół: Red London. Ale o tym za chwilę. Z rana dość przypadkowo dowiedzieliśmy się, że na naszym polu namiotowym funkcjonuje gastro z prysznicem. Zrobiliśmy rekonesans i okazało się, że przesympatyczna pani Ola oferuje zimne Tyskie w butli za 8 złotych i domowe żarcie. Jak sama stwierdziła: „pod prysznicem tylko zimna woda, a ceny takie, żebyście Wy byli zadowoleni i żebym ja była zadowolona”. Czego więcej chcieć na punkowej imprezie? Złota kobieta!

Zamówienie na złocisty jak serce pani Oli trunek było więc nieco większe, a jedyna umowa obejmowała zwrot wszystkich butelek. Dotrzymaliśmy słowa, gdy wróciliśmy na obiad. Muszę przyznać, że to były jedne z moich najlepszych ruskich pierogów w życiu. A przysmażoną cebulkę, którą uwielbiam, wpierdalałem na widelcu bez niczego. Tak można żyć.

Izerbejdżan Punk Eko Fest 2025 miejscówka u pani Oli
Przyjazna miejscówka u pani Oli

Jeszcze przed jedzeniem odwiedziliśmy sąsiednią wioskę Wolimierz, która – mówiąc wprost – nas oczarowała. Widać tam ducha historii, ale też artystyczną rękę i po prostu dbałość mieszkańców o swoje miejsce do życia. Piękne tabliczki informacyjne z prawdopodobnie autorską czcionką, zabytkowe groby przy kościele, lokalny sklep z elementami elewacji w stylu vintage… A do tego stara zabudowa, rzeczki, mini wodospady, potoki, sielski krajobraz. Piętnastominutowy spacer przeniósł nas w okoliczności, które na chwilę nakazały zapomnieć, że przyjechaliśmy słuchać tu gitarowej napierdalanki.

Izerbejdżan Punk Eko Fest 2025 Wolimierz1 Izerbejdżan Punk Eko Fest 2025 cmentarz Izerbejdżan Punk Eko Fest 2025 Wolimierz2 Izerbejdżan Punk Eko Fest 2025 Wolimierz3

Pod scenę zlądowaliśmy na występ czeskiego Zputnika. Nomenklatura kosmiczna jest tutaj zupełnie na miejscu, bo wokalistka rzeczonego zespołu sprawiała wrażenie, jakby egzystowała na jakiejś obcej orbicie, a w Pobiednej znajdowała się jedynie swym zgrabnym i opalonym ciałem. Podczas tego szczególnego występu chyba wszyscy faceci pod sceną (i nie tylko) wywiesili jęzory, bo panna z jednej strony hipnotyzowała seksapilem, a z drugiej niepohamowanymi pokładami energii. Zajebisty występ!

Po Zputniku przyszedł czas na Red London i pech chciał, że w wyniku pewnego niefortunnego zdarzenia ominęła mnie aż połowa koncertu. Nie wiem ile dokładnie lat ma obecnie Patty Smith, ale po jego ruchach scenicznych i zachowaniu było widać, że w sercu nadal drzemie młody, zadziorny chuligan. To była absolutna petarda i mam nadzieję, że jeszcze będzie mi dane zobaczyć na żywo tę kapelę. Portowe miasto Sunderland zawsze trzyma muzyczny poziom (bo tylko przypomnę, że stamtąd pochodzi również moje ukochane Leatherface)! Warto też dodać, że chłopaki z zespołu podarowali mi po występie swój balladowy split z Fatal Blow (który swoją drogą polecam, mimo niezachęcającej okładki).

Po Angolach na scenie zameldował się Proletaryat. Przyznam szczerze, że zespół ten zawsze kojarzył mi się z formacjami typu Ira lub Aya RL. Tymczasem na scenie Izerbejdżanu dali nieźle do pieca! Wiadomo, była szczypta „wujostwa” i przaśności, ale była też taka szczera, organiczna moc i sranie na konwenanse. Tak, wujkowie nie bali się wygłosić tez, które z pewnością wywołałyby sraczkę na niejednym skłocie. I chwała im za to, bo w tych podłych i niestabilnych czasach pieśni o miłości i tolerancji można wsadzić między bajki.

Pozostałe koncerty oglądaliśmy wybiórczo i bez ciśnienia. Nie będę więc wyrażał swojego zdania, bo zwyczajnie poświęciłem im za mało uwagi.

Izerbejdżan Punk Eko Fest 2025 trupie stópki
Trupie stópki po dwóch dniach festiwalu

Wnioski i wrażenia

Wspaniale było powrócić na łono załoganckich festów! Izerbejdżan zaskoczył pozytywnie chyba pod każdym względem i to nie tylko mnie, lecz również moich współtowarzyszy – debiutantów na tego typu wydarzeniu. Świetna organizacja, kameralna atmosfera, wyluzowani ludzie, piękne otoczenie i niskie ceny, bo o tym też warto napisać. Było czuć ducha DIY, ale towarzyszył mu profesjonalizm i odpowiedzialność za tworzony event. W dobie wszechobecnej komercji, inflacji i ruchania kogo się da na hajs, Iżerbejdżan pokazuje, że można bawić się jak 15 lat temu. I ta uczciwość, przynajmniej mam taką nadzieję, wraca do organizatorów. W Pobiednej, w Górach Izerskich, poczułem się, jakby czas stanął w miejscu i znowu miałbym te dwadzieścia parę lat.

Osobną refleksję wzbudził we mnie skład festiwalowiczów – większość stanowili na oko ludzie starsi ode mnie, a sam dobijam do czterdziestki. Punk rock wymiera? Jest to bardzo możliwe, bo gdzie szukać bardziej miarodajnych dowodów, jak nie w sercu takich imprez, jak Izerbejdżan?

Tą refleksją kończę moją relację, która pierwotnie i tak miała być znacznie krótsza. Jeśli okoliczności pozwolą, wracam w przyszłym roku, bo jak już dawno temu rzekł pewien zakapior z Sunderland (a powtórzył na scenie w Pobiednej), w życiu warto kierować się maksymą „Never Say Goodbye”.

Izerbejdżan Punk Eko Fest 2025 CC na włamie