A jednak tu byli (2025)

A jednak tu byli

Chyba każdy miłośnik melodyjnego punk rocka zgodzi się ze stwierdzeniem, że wczesny Green Day to była prawdziwa petarda. Film „A jednak tu byli” dokumentuje trzy efemeryczne występy w Polsce, które miały miejsce zanim zespół ukazał światu swój prawdziwy potencjał.

Koncerty Green Daya w Polsce w 1991 roku dla wielu osób były po prostu miejską legendą. Uczestnicy tych wydarzeń – Krzysztof Kornak i Michał Lutrzykowski – postanowili rozprawić się z tematem i stworzyć DIY obraz, który raz na zawsze rozwieje wszelkie wątpliwości. Czy film wnosi coś do historii polskiej sceny punk rockowej i czy mówiąc kolokwialnie „dowozi”?

Welcome to (polish) Paradise

Wszyscy członkowie Green Day są równolatkami urodzonymi w 1972 roku, a więc w momencie pamiętnej trasy mieli po 19. lat. Grupa miała już za sobą wydawniczy debiut w postaci płyty „39/Smooth” (i jej rozszerzonej wersji zatytułowanej „1,039/Smoothed Out Slappy Hours”), a lada chwila miał ukazać się drugi album – „Kerplunk!”. Tour po Europie oprócz Polski objął Niemcy, Danię, Austrię, Szwajcarię, Szwecję, Holandię, Belgię, Anglię, Szkocję, Irlandię i Walię. Występ w Pradze (pod sztandarem finiszującej powoli Czechosłowacji) nie doszedł do skutku, podobnie jak gig w Warszawie. Podejrzewam jednak, że występy na gościnnej polskiej ziemi, która dopiero co uwolniła się od śmierdzącego oddechu komunizmu, znacznie różniły się od wizyt w zachodniej Europie.

I właśnie w tym miejscu wybija się świetna robota, jaką wykonali autorzy „A jednak tu byli”. Film nie jest bowiem jedynie laurką z epoki, ale autentycznym przeniesieniem widza w uniwersum tamtych czasów. To wycieczka do subkulturowego kotła rodzącej się w Polsce demokracji – do mieszkań, które stawały się swoistymi centrami kulturalnymi, do ekip, które nocowały amerykańskich muzyków i częstowały ich zebraną za blokami siejką, do domów kultury, które w obliczu młodzieńczego napięcia, zadym, i alkoholu przestawały mieć z kulturą cokolwiek wspólnego.

Archiwalny wywiad z członkami Green Daya przeplata się tu z niewyraźnymi zapisami ich występów w Polsce oraz współczesnymi wspomnieniami załogantów, którzy ze zbuntowanych małolatów stali się dojrzałymi mężczyznami i kobietami w późno-średnim wieku. To wspaniały pamiętnik dla uczestników tamtych czasów i lekcja historii dla młodych miłośników punk rocka, których, mam wrażenie, już coraz mniej w społeczeństwie.

Odpowiadając więc na pytanie postawione wcześniej – opisywany obraz „dowozi” i stanowi ważną cegiełkę historyczną na punkowej scenie. Mieliśmy kilka pozycji (filmowych czy też książkowych) o Jarocinie, o latach ’80, o transformacji ustrojowej. Było też kilka mniej lub bardziej udanych filmów czy też programów o subkulturze skins. Brakowało dzieła o młodzieńczej energii, spontaniczności i punk rocku nieskażonym polityką czy patosem, a właśnie taki był wczesny Green Day.

Do you have the time to listen to me whine?

Do powyższych przemyśleń dodam, że już od bardzo dawna miałem wiedzę na temat występów Green Daya w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych. Gdy popularność grupy wręcz eksplodowała w świecie mainstreamu po „American Idiot”, o Kalifornijczykach mówili dosłownie wszyscy. Ja miałem już, jak na tamten okres, niezły staż jako fan. Udział w dziewiczych występach Green Daya w Polsce nie był mi pisany – miałem wówczas zaledwie 5 lat (swój pierwszy rockowy koncert – Kult w gorzowskim MCK-u – zaliczyłem w 2001 roku). Jednak „Basket Case” po raz pierwszy usłyszałem na antenie MTV w 1994 roku, a albumów Billy’ego, Tre i Mike’a słuchałem później namiętnie za pośrednictwem kaset. „39/Smooth”, „Kerplunk!”, „Dookie”, „Insomniac”, „Nimrod” i w mniejszym stopniu już „Warning:” to były żelazne klasyki jeśli chodzi o melodyjny punk ze Stanów. „American Idiot” pomimo kilku niezłych wałków było więc na dobrą sprawę rozczarowaniem, ale o zespole mówili wszyscy, nawet zajawkowicze spod znaku hip hopu.

Lubiłem więc sprzedawać anegdotę, że ten obrzydliwie popularny zespół na początku lat ’90 zagrał trzy koncerty za przysłowiową „miskę ryżu” w jakichś rozpadających się domach kultury. Wiedza pochodziła prawdopodobnie ze starej „Machiny” albo jakiegoś zinu i na niektórych rozmówcach robiła spore wrażenie. Teraz zamiast snuć historie, po prostu puszczę komuś film Krzysztofa i Michała.