Morderstwo Joe Cole’a. Kruchość życia i przyjaźni

Morderstwo Joe Cole'a. Kruchość życia i przyjaźni

Joe Cole miał zaledwie trzydzieści lat, kiedy zginął przed własnym domem w Venice Beach. Mało brakowało, a jego los podzieliłby najbliższy przyjaciel i współlokator Henry Rollins, który cudem wyrwał się z rąk oprawców. Poniższy tekst jest opowieścią o przyjaźni, tragedii i brzemieniu, które Rollins nosić będzie na swych barkach do końca życia.

Joe Cole urodził się 10 kwietnia 1961 roku jako syn aktora Dennisa Cole’a i jego pierwszej żony Sally Bergeron. W latach osiemdziesiątych XX wieku zaangażował się w amerykańskie środowisko hardcore punk. Początkowo jako fan, później członek ekip technicznych. Pracował jako roadie Black Flag, Rollins Band czy Hole w trakcie ich europejskiej trasy z Mudhoney. Oprócz tego Cole, podobnie jak jego ojciec, chętnie sam oddawał się sztuce: próbował swych sił jako aktor, fotograf czy pisarz.

Za sprawą codziennej roboty, Joe nawiązał bliską przyjaźń z Henrym Rollinsem. Wokalista Black Flag uznawany był raczej za samotnika, ale Cole okazał się jego bratnią duszą.

„Joe i ja byliśmy pod wieloma względami bardzo podobni, a pod wieloma zupełnie różni. Obaj mieliśmy ogromną ciekawość ludzi, a jednocześnie czuliśmy się wobec nich obco i bardzo podatni na to, co potrafią zrobić. Ta jednoczesna fascynacja i odraza była frustrująca, dezorientująca i prowadziła do długich, epickich rozmów” – wspominał Rollins w felietonie opublikowanym w LA Weekly 10 kwietnia 2014 roku, w 53. rocznicę urodzin jego przyjaciela.

Joe był częścią ekipy technicznej podczas ostatniej trasy Black Flag w 1986 roku, gdy Henry wciąż dzierżył za mikrofon: „Jeździliśmy ciężarówką ze sprzętem po całych Stanach. Gadaliśmy tyle bzdur, żeby nie zasnąć i zabić czas, że powinni nam wręczyć za to nagrodę. Pławi­liśmy się w naszym idiotycznym nihilizmie. Doprowadzaliśmy każdą myśl do kompletnie absurdalnego końca”.

Trollowanie Venoma

Vibe, jaki krążył między Joe i Henrym, jeszcze lepiej oddają bardziej osobliwe historie, jak ta z koncertu Venom w New Jersey: „Po koncercie naszym zadaniem było zwinąć nagłośnienie i zapakować je z powrotem do ciężarówki. Członkowie Venom kręcili się jeszcze po klubie. Między noszeniem sprzętu Joe Cole narysował sobie pentagram na dłoni, na wzór seryjnego mordercy Richarda Ramireza. Joe podbiegł do Cronosa – który był dość przerażającym gościem – przyłożył mu dłoń z rysunkiem do twarzy i wrzasnął 'Hail Satan!’ w swojej najlepszej imitacji Ramireza. Cronos cofnął się, wymusił uśmiech, wykonał niezręczny gest i zniknął. Zdecydowanie jeden z najjaśniejszych momentów całej trasy. Na szczęście koncert Venom został nagrany przez naszego realizatora dźwięku. Taśma, którą do dziś mam, zaczęła krążyć po świecie. Joe Cole przekazał ją Sonic Youth, Thurston Moore zrobił z tych międzyutworowych gadek singiel, Beastie Boys włączyli fragmenty do co najmniej jednego ze swoich kawałków i do dziś można to znaleźć w internecie. Legenda!”.

„Odwiedziny” u Richarda Ramireza

Kilka lat później bohaterowie artykułu uznali, że warto „zajrzeć” do Richarda Ramireza, który był sądzony za swoje przerażające zbrodnie. Joe i Henry spędzili kilka „surrealistycznych” godzin w centrum Los Angeles, na jednej z rozpraw jego procesu: „Staliśmy w kolejce do wykrywacza metalu i poznaliśmy kilka fanek Ramireza. Joe zadawał im masę pytań, na które z entuzjazmem odpowiadały. Im więcej pytał, tym bardziej się ekscytowały, jakby opowiadały o gwieździe rocka albo znanym aktorze. Kusiło mnie, żeby wtrącić, że Ramirez był potworem i zapytać, co je w nim pociąga, ale linia pytań Joe była o wiele ciekawsza. W końcu wpuszczono nas na salę. (…) Gdy rozprawa się skończyła, byliśmy jednymi z pierwszych przy wyjściu. Na zewnątrz stali dziennikarze, czekając na wypowiedzi prawników. Podeszliśmy do nich, przedstawiliśmy się i zapytaliśmy, czego chcą się dowiedzieć. Kazali nam spierdalać. Wycofaliśmy się do Millie’s i zjedliśmy lunch”.

Beztroski początek ostatniej dekady XX wieku

Lineup Reading Music Festival 1991
Lineup Reading Music Festival 1991

Początek lat dziewięćdziesiątych przebiegał Cole’owi pod znakiem pracy i pogłębiania muzycznych fascynacji. W 1991 roku zaliczył jako techniczny europejską trasę grupy Hole pod dowództwem Courtney Love, a 23 sierpnia uczestniczył w Reading Music Festival, gdzie występowali Sonic Youth i Nirvana. Jednym z zespołów otwierających koncerty tego dnia był Babes in Toyland, w którym rolę basistki pełniła dziewczyna Cole’a, Michelle Leon (odeszła z zespołu krótko po śmierci jej ukochanego).

Kumpel Joe, Dave Markey, filmował to wydarzenie, a cała ekipa stojąca za występami Hole na Starym Kontynencie znalazła się w dokumencie zatytułowanym „1991: The Year Punk Broke”. Wówczas nikt nie przewidywał, co wydarzy się zaledwie kilka miesięcy później.

Historia dwóch chłopaków

Joe i Henry od pewnego czasu mieszkali wspólnie w domu w Venice Beach. Legendarna kalifornijska dzielnica była znana jako przystań dla wszelkiej maści artystów czy skaterów, ale również jako siedlisko przestępczości. Cole swego czasu prowadził projekt, w ramach którego fotografował życie bezdomnych weteranów wojny w Wietnamie, którzy zamieszkiwali okolicę. Przyjaciele zdawali sobie doskonale sprawę z zagrożeń, które czaiły się na każdym rogu Venice, jednak potrzeba chłonięcia kreatywnego klimatu, jaki panował w tej części Los Angeles, okazała się kluczowa.

Liczne teksty podają, że Joe Cole zginął 19 grudnia 1991 roku po koncercie Hole i The Smashing Pumpkins, który odbył się w słynnym klubie Whisky A Go Go w West Hollywood. Po weryfikacji źródeł sprawdziłem jednak, że grupa Courtney Love zagrała jako support przed formacją Billy’ego Corgana w tymże miejscu 17 i 18 grudnia 1991 roku. Jeśli więc Cole faktycznie poniósł śmierć 19, a nie 18 grudnia, to wraz z Rollinsem wracał do domu po koncercie grupy Toad the Wet Sprocket.

Chłopaki będąc już w okolicy swego domu, zrobili zakupy w oddalonym o przecznicę sklepie całodobowym, a następnie spokojnie wracali na kwadrat. Wtem z krzaków wyłonili się dwaj czarnoskórzy młodzi mężczyźni, którzy przyłożyli im pistolety do głowy i zażądali pieniędzy. Joe i Henry mieli przy sobie jedynie 50 dolarów, co rozjuszyło bandytów. Wciąż celując bronią w swoje ofiary, nakazali, by zaprowadzić ich do domu. Właśnie tam rozegrał się dramat.

Brooks Ave
Aktualny wygląd ulicy, na której mieszkali Joe i Henry, fot. Google Maps

Jak później opisywał Rollins, był przekonany, że oprawcy dokonają egzekucji i splądrują cały dobytek. Zapewne tak by się stało, ale instynkt przetrwania okazał się silniejszy. Gdy muzyk usłyszał za swoimi plecami pierwszy strzał, zaczął uciekać przez pokoje, a następnie tyły budynku. Cudem sam uniknął postrzału. Jego przyjaciel nie miał jednak szans. Zmarł na miejscu w wyniku postrzału w twarz.

Rollins po ucieczce z domu i przedarciu się przez ogródek, dopadł się do najbliższej budki telefonicznej i zadzwonił po pomoc. Powiadomił o strzelaninie, a po kilku minutach zauważył pędzący patrol policji, który zatrzymał się przy nim i zakuł go w kajdanki, a następnie zawiózł pod dom. Psy zaczęły traktować go jak geja i zwracać się do niego per „kochanie”. Henry dowiedział się o śmierci Joe, siedząc ze skutymi rękami w policyjnej suce. Całą noc spędził na komisariacie, jakby sam był sprawcą. Rano kumpel odebrał go z mendowni. Pojechali sprzątać krew Cole’a z chodnika. Lepiło się do niej mnóstwo much, a do Rollinsa, który przybył na miejsce, zaczęli lepić się żądni sensacji reporterzy. Kazał im spierdalać i udał się do pokoju przyjaciela. Tam znalazł jego notes z numerami telefonów i po kolei połączył się ze wszystkimi, informując co się stało.

Całą historię Henry przekazywał wielokrotnie podczas swych „spoken words”. Naprawdę warto obejrzeć poniższe nagranie:

Pomniki dla zmarłego przyjaciela

Nagła i niesprawiedliwa śmierć Joe Cole’a wstrząsnęła środowiskiem jego przyjaciół – czynnych artystów. Nic więc dziwnego, że wielu z nich złożyło mu hołd w swojej twórczości.

Dave Markey zadedykował Joe wspomniany wcześniej w tym artykule film „1991: The Year Punk Broke”. Jego postaci zostały zadedykowane ponadto utwory „JC” i „100%” Sonic Youth z ich kultowego albumu „Dirty”. Rollins Band opowiedziało o tragicznej historii swojego przyjaciela i jej następstwach w utworze „Volume 4”. Ponadto wydawnictwo Rollinsa opublikowało książkę „Planet Joe”, w której znalazły się notatki Cole’a – głównie wspomnienia z tras koncertowych z Black Flag. Z kolei grupa Hole zadedykowała zmarłemu krążek „Live Through This”. Po śmierci syna, Dennis Cole zaangażował się w działalność zwalczającą przemoc.

Śmierć, którą zwabił Rick Rubin?

Pomimo biegu lat, śledztwo w sprawie śmierci Joe nie przynosiło rezultatów. Rollins, targany poczuciem bezsilności, w 1996 roku wystąpił nawet w programie telewizyjnym „Unsolved Mysteries”. Liczył na to, że widzowie pomogą w poszukiwaniach mordercy. Muzyk ma jednak swoją teorię dotyczącą ataku i nie zakłada ona przypadkowej sytuacji.

Kilka dni przed tragicznym wieczorem, dom przy 809 Brooks Avenue odwiedził słynny producent muzyczny Rick Rubin. Chciał odsłuchać nowo nagrany album Rollins Band „The End of Silence”. Przybył swoim Rolls-Royce’m, a w ręku trzymał telefon komórkowy. W 1991 roku taki widok w biednej dzielnicy oznaczał jedno: tu są pieniądze. Henry w swoim dzienniku zanotował nawet, że spodziewa się ataku („home is going to get popped”).

Rollins wiedział, jak działają lokalne gangi, wiedział, że luksusowy samochód przed skromnym domem to niemal prowokacja. Nie obwiniał Rubina – uważał po prostu, że ta wizyta mogła zwrócić na nich uwagę niewłaściwych ludzi.

Dożywocie dla ocalałego

Fani po śmierci Cole’a zaczęli snuć przedziwne teorie, które podsycały media. Jedną z nich była plota, jakoby Rollins trzymał w domu mózg zmarłego przyjaciela. W tych dywagacjach było jednak ziarno prawdy, co były wokalista Black Flag przyznał rok po tragicznych wydarzeniach w rozmowie z Los Angeles Times: „Wykopałem całą ziemię tam, gdzie upadła mu głowa (…) i mam tu całą ziemię, więc Joe Cole jest w domu. Mówię mu dzień dobry każdego dnia. Mam też jego telefon, więc mam z nim bezpośredni kontakt. To miłe uczucie”.

Pomimo olbrzymiej traumy, Rollins nie pozwolił, by ta tragedia przyćmiła jego życie. Nie bacząc na ból i strach, starał się funkcjonować w miarę normalnie, o czym świadczy sesja zdjęciowa dla magazynu Spin, która miała miejsce pod koniec grudnia 1991 roku, a więc dosłownie kilka dni po morderstwie Cole’a. Kulisy tej sytuacji zostały przedstawione światu na początku bieżącego roku. Opisał je sam fotograf – Loren Haynes: „Byłem w szoku, że nie odwołał, ale pomyślałem sobie: ten Rollins jest twardy i bardzo zdyscyplinowany. To nie tylko gra czy fasada. On jest prawdziwy, a teraz wyzwanie spadło na mnie. Nie mogłem rozwodzić się nad wydarzeniem ani nad jego stanem psychicznym, ale też nie mogłem tego zignorować”.

Na pytanie: „Jak Henry czuł się w dniu sesji zdjęciowej?”, Haynes odpowiedział: „W głębi duszy nie potrafię sobie tego wyobrazić. Ale zobaczyłem faceta, który przyszedł, żeby zrobić to, co musiał”.

Henry Rollins kilka dni po śmierci Joe Cole'a. fot. spin.com
Henry Rollins kilka dni po śmierci Joe Cole’a. fot. spin.com

W 1992 roku Henry wystąpił w programie 120 Minutes with Dave Kendall. Podzielił się wówczas z widzami swoim cierpieniem, opisując stan, który mu towarzyszy: „Gość, który zabił Joe, nie znał go. Gdyby go poznał, nigdy by tego nie zrobił. (…) Gość popełnił zbrodnię, a to ja i wszyscy wokół mamy dożywocie. To ja teraz siedzę w celi śmierci, bo ktoś zamordował mojego przyjaciela”.

Sprawców ataku i zabójstwa Joe Cole’a nigdy nie ujęto.