Quest Master Poznań RELACJA 27.04.2026

Quest Master Poznań

To było jedno z moich najciekawszych muzycznych doświadczeń ostatnich lat. Artyści stajni Out Of Season zdecydowanie „dowieźli” podczas występu w stolicy Wielkopolski.

O scenie dungeon synthu przeczytałem po raz pierwszy w jakimś artykule kilka lat temu. Miałem wrażenie, że jest to chwilowy, muzyczny mem. Gatunek ten jednak idzie do przodu i jak się okazało, jego przedstawiciele potrafią wiele zaoferować podczas występów na żywo.

Quest Masterowi, czyli aktywnemu muzycznie od 2017 roku Australijczykowi, podczas tegorocznej trasy po Europie towarzyszy Amerykanin kryjący się pod pseudonimem Fief. Artysta ten tworzy od 10 lat i reprezentuje inne brzmienie, niż kolega z kraju kangurów.

Występ Fiefa otworzyła scenka z czarno-białego filmu, którego fabuła była osadzona w rycerskich czasach. Tego typu obrazy przez cały set stanowiły tło dla utworów prezentowanych przez Jankesa. Kolokwialnie można by to określić jako „średniowieczne plumkanie”, imitujące muzykę folkową, ale w syntezatorowym wydaniu. Myślę, że gdy 25 lat temu łupaliśmy z kumplami w fabularnego Warhammera naszymi postaciami mrocznych elfów, każdemu w wyobraźni grała właśnie taka muzyka. Fief swoje leśno-zamkowe opowieści snuł za pomocą Yamahy CK61.

Przyznam szczerze, że spodziewałem się na tym koncercie garstki osób, a pod sceną Minogi było dość gęsto. Zresztą ludzie reagowali bardzo żywiołowo i ciężko oprzeć się wrażeniu, że wśród publiki było mało osób przypadkowych czy ciekawskich. Dungeon synth nawet w Polsce ma swoich die hard fanów i jest to zajebiste.

Fief, Poznań
Fief

Pod koniec występu Fiefa postanowiłem skorzystać z chwilowych pustek przy merchu i sprawdziłem co chłopaki mają do zaoferowania oprócz swych dźwięków na żywo. Zaopatrzenia może im pozazdrościć wiele topowych gwiazd. Plakaty, magnesy, liczne, zajebiste stickery, koszulki, kasety, płyty no i to, co mnie jara najbardziej, czyli winyle. Rzuciłem okiem, akurat rozpoczęła się przerwa między występami, zszedłem na szluga, a po powrocie na górę nie wytrzymałem i kupiłem podwójny album Quest Mastera na – jak się później okazało – zajebistych splatterach w dwóch odmiennych kolorach.

W zeszłym roku czekałem do końca koncertu Ghosta na zakup placka, a jak przybiegłem po zakończeniu do stoiska, to chłop rozłożył ręce. Nauczony tym przykrym doświadczeniem, tym razem wolałem postać na koncercie z krążkiem w ręku, by później nie pluć sobie w brodę.

Baśnie w aurze niepokoju

Quest Master to już zupełnie inny kaliber, niż Fief. Brzmienie od razu dało solidniej po uszach – wydawało się, że mamy do czynienia z bardziej rozbudowanym instrumentarium, z basem, uderzeniami perkusyjnymi. Więcej zaczęło się też dziać w tle. Czarno-białe filmy o rycerzach zostały zastąpione przedziwnym video miksem, w którym stare oprogramowanie komputerowe mieszało się z fraktalami, scenami wyburzanych budynków i kominów, delfinami płynącymi przez bezkres kosmosu czy scenami z gier fantasy. Wyglądało to jak srogi trip na ketaminie, a set Australijczyka z każdą minutą nabierał tempa.

Nie było przerw między kompozycjami, co dodatkowo budowało atmosferę napięcia i dziwnej podróży przez czas i wymiary. Pomimo całej „baśniowej” otoczki wokół tej muzy, jest w niej coś naprawdę niepokojącego. I właśnie ten niepokój połączony z nostalgią do retro popkultury sprawił, że wsiadłem do hypetrainu Quest Mastera i nie mam zamiaru oglądać się za siebie. Mam nadzieję, że przyjdzie mi szybko znowu zobaczyć typa na żywo, a tymczasem jaram się fajną perełką w swojej winylowej kolekcji.

Quest Master Poznań (1) Quest Master Poznań (2) Quest Master Poznań (3) Quest Master Poznań (4)