Właśnie tak powinna wyglądać zabawa konwencją! Kamil Bieńczak (zespół Hrabia oraz Projekt Klepsydra) w swojej solowej muzycznej odsłonie przywdział kowbojki i wyruszył na dziki zachód wschód.
Jak sama nazwa wskazuje, „The Good, The Bad & The Bieszczady” to konwencja westernu przeniesiona żywcem w obszar południowo-wschodniej Polski. W tym uniwersum bezwzględni kowboje oraz mroczni Indianie toczą swoje życia na Podkarpaciu, a wszystko to w komiksowej konwencji.

Opisywany materiał to tak właściwie epka, bo znalazło się na nim zaledwie pięć utworów, w tym instrumentalne intro „Gunsmoke Over Bieszczady”. Autor przyłożył się naprawdę mocno, by całość brzmiała jak soundtrack do profesjonalnego westernu. Aranżacje, instrumentarium, chórki, wokale, efekty… Wszystko jest tu skrojone na miarę, wyszukane i zaskakujące. To nie jest próba brzmienia jak muzyka z epoki – to jest brzmienie jak muzyka z epoki. A jeśli dodamy do tego polski język i rodzimy kontekst, w którym obracają się bohaterowie… Palce lizać. Lub jak kto woli uszy.

Ale by zachować chronologię… Po wspomnianym wstępniaku przechodzimy do balladki „The Train Called Redemption”. Utwór spokojnie mógłby stanowić podkład do jakiegoś netflixowego serialu o dzikim zachodzie, natomiast wleję w tym momencie łyżkę dziegciu do tej beczki miodu… A mianowicie – po co język angielski? Skoro idziemy w polski western, to trzymajmy się tego do końca. Tym bardziej, że kompozycje śpiewane przez Kamila w ojczystym języku brzmią po prostu o niebo lepiej – ten eksperyment przyniósł zaskakujące skutki!
I tu przechodzimy do gwoździ programu, czyli utworów „Bandycka Pieśń” oraz „Buffalo Bill w Rzeszowie Był”. Pierwsza spokojniejsza i bardziej bujająca, idealna do zakrapianej biesiady w saloonie (choć kompozycja pod koniec fajnie się rozkręca i nabiera rumieńców). A druga to majstersztyk i mój ulubiony utwór na płycie – zajebiście opowiedziana, nietuzinkowa historia i kapitalna, przebojowa warstwa muzyczna.
Zamykający epkę „Outlaw Song” to powrót do angielszczyzny w zaśpiewie – technicznie nie ma się do czego przyczepić, ale ja wolałbym ten utwór przyswoić w rodzimym języku.

Jeśli chodzi o poligrafię i otoczkę płyty, również mamy do czynienia z pełną profeską i fajnie dopracowaną konwencją. Rozkładany digipack miło łechta oko stonowanymi kolorami i komiksową kreską, a jako dodatek dostajemy plakacik z motywem z okładki oraz kilkoma humorystycznymi scenkami.
Fanom country, americany, bluesa, a nawet psychobilly czy rockabilly szczerze polecam sprawdzić. A ja czekam na pełen album – po polsku!